Reklama

Gimnazjum – sukces czy porażka?

03/08/2015 12:07

Minęła piętnasta rocznica przyjęcia pierwszych uczniów do gimnazjów. W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawia się pomysł likwidacji szkół tego typu.

Miało być tak pięknie, a teraz często słyszymy: oświatowa ślepa uliczka, przechowalnia, klatka dla nabuzowanych hormonami małolatów.
Jak jest?
Narodzinom gimnazjów towarzyszyła żarliwa wiara jego twórców, że będzie to szkoła wyrównywania szans edukacyjnych dzieci z zaniedbanych cywilizacyjnie i ekonomicznie środowisk. Zapowiadano, że gimnazjum będzie szkołą o lepszej kadrze, lepiej wyposażoną w sprzęt oraz pomoce naukowe niż przeciętna szkoła podstawowa sprzed reformy. Tworzenie gimnazjów jako nowych placówek miało być także okazją do wybrania najlepszych nauczycieli oraz powołania na stanowiska nowych, twórczych i dynamicznych dyrektorów. Miały to być także szkoły o odpowiednio dużej liczbie oddziałów, a więc efektywniejsze z ekonomicznego punktu widzenia. Aby można było utworzyć gimnazja w gminach, należało kierować do nich absolwentów kilku szkół podstawowych, co w środowiskach wiejskich zmusiło samorządy do organizowania specjalnego systemu dowozu uczniów. Pierwszeństwo w zatrudnieniu w gimnazjum mieli nauczyciele tych szkół podstawowych, z których je tworzono, czasem nawet ci, którzy mieli kwalifikacje do nauczania początkowego i musieli się przekwalifikować.
– Chcieliśmy przywrócić niezwykle udaną tradycję edukacyjną (reforma ministra Janusza Jędrzejewicza z 1932 r. – red.) i dostosować polską szkołę do trójstopniowego ustroju szkolnego, obowiązującego w większości krajów Unii Europejskiej – tłumaczy dziś ówczesny minister prof. Handke. Są tylko dwa „ale”. Fakt, że w większości krajów coś funkcjonuje, nie jest równoznaczny z tym, że działa sprawnie. Na przykład w Finlandii (od wielu lat w ścisłej edukacyjnej czołówce) obowiązuje system 9-letniej szkoły powszechnej dla dzieci od 7. do 16. roku życia, dalszy etap edukacji to 3-letnia szkoła średnia – ogólnokształcąca lub zawodowa. Młodzież, która nie jest w stanie szybko zdecydować, jaką chce wybrać przyszłość, może uczęszczać do nieobowiązkowej klasy X, aby pogłębić wiedzę i mieć czas na zastanowienie.
Wyrównywanie szans
O ile w mniejszych miejscowościach, gdzie w całej okolicy jest tylko jedno gimnazjum, ta zasada się sprawdziła, o tyle w dużych i średnich ośrodkach wprowadzenie gimnazjów pogłębiło segregację. Bardzo szybko podzieliły się one na mocniejsze i słabsze, a rodzice i uczniowie wszelkimi sposobami obchodzą zasadę rejonizacji. Brak idealnego świadectwa nie jest dla bardziej obrotnych rodziców przeszkodą w załatwieniu potomkowi wymarzonej szkoły. Cóż bowiem prostszego, jak przemeldować dziecko do babci czy przyjaciółki, która mieszka w odpowiedniej dzielnicy. O najlepsze szkoły walczą przede wszystkim ci rodzice, którzy odebrali dobre wykształcenie i to samo chcą zapewnić dziecku. Gorzej sytuowani i wyedukowani zadowalają się szkołą rejonową, ciesząc się, że ich dziecko w ogóle kontynuuje naukę. Tym samym, zamiast wyrównywania szans, mamy jeszcze większe niż dotychczas rozwarstwienie.
Nie ma powszechnej
akceptacji
Ani 15 lat temu, ani dziś, kiedy w ponad 6,4 tys. gimnazjów uczy się 1 mln 200 tys. nastolatków. Sondaż Grupy IQS pokazał, że 56 proc. Polaków chciałoby powrotu ośmioletnich podstawówek, a tylko 28 proc. jest przeciwne takiej decyzji.
Nauczyciele mówią, że dziecko po sześciu latach nauki, w bardzo trudnym momencie rozwojowym, zostaje wyrwane ze swojego środowiska, przeniesione do odległej szkoły, gdzie jest anonimowe i musi się odnaleźć w nowym kręgu towarzysko-kulturowym. Większość nauczycieli, którym przyszło uczyć w gimnazjach, nie jest z tego powodu zbyt szczęśliwa. Mówią: to najgorsza robota. W podstawówce dostajesz dzieci ciekawe świata, zadowolone, że się mogą czegoś nauczyć. W liceum stykasz się z ludźmi, którzy już rozumieją, że właśnie zaczynają pracować na swoją przyszłość. W gimnazjum masz młodzież, której buzują hormony, autorytetem dla niej jest środowisko rówieśnicze, a nie nauczyciel. Potworzono często gimnazja – molochy, ich dyrektorzy mówią, że policję muszą wzywać czasami kilka razy w tygodniu.
Tę konstatację potwierdza Ala, gimnazjalistka po pierwszej klasie. Kiedy porównuje swoją szkołę podstawową z gimnazjum, najbardziej uderza ją właśnie pedagogiczna niemoc. – W podstawówce, jeśli ktoś zrobił jakiś numer, wiedzieli o tym wszyscy i konsekwencje wobec winowajcy były poważne – opowiada. W gimnazjum króluje niekonsekwencja. Oficjalnie np. palenie papierosów jest srogo zakazane. Tak samo jak zbyt swobodne, jaskrawe stroje. W praktyce młodsi uczniowie mają problem, żeby załatwić się na przerwie. Ubikacje okupują starsi – palą, odurzają się. „Grono” tam nie zagląda, pewnie na wszelki wypadek. A ścigane są... kolorowe bluzki. – Fakt, że moja córka nie zdołała się stoczyć jak znaczna część jej koleżanek, że dała radę w gimnazjum, uważam za swój i żony (nie szkoły) wychowawczy sukces – komentuje ojciec tegorocznej absolwentki tej szkoły.     
W nowej szkole naturalne problemy związane z dorastaniem połączone ze stresem związanym z wejściem w nowe środowisko nakładają się na siebie, by stworzyć wybuchową mieszaninę. O problemach wychowawczych w okresie gimnazjalnym mówi się najczęściej. Według badań Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, kontakt z narkotykami miało 5 proc. uczniów klas pierwszych, 10 proc. uczniów klas drugich i 17 proc. uczniów klas trzecich. Alkohol piło odpowiednio 20, 35 i 47 proc. uczniów, z czego w pierwszej klasie upiło się 12proc. uczniów, w drugiej 24 proc., a w trzeciej – 36 proc. Ponad połowa gimnazjalistów, kończąc szkołę, ma też za sobą wypalenie pierwszego papierosa. Jednocześnie obniża się średni wiek inicjacji seksualnej, a media chętnie nagłaśniają przypadki nastoletnich ciąż i ekstremalnych zabaw seksualnych gimnazjalistów.
Gimnazjaliści przodują także w agresji, nie tylko słownej. Przemoc fizyczna jest na porządku dziennym.
Brak czasu dla ucznia
Nauczyciele potrzebują czasu, aby poznać ucznia i rozpoznać jego problemy. Ale tego czasu po prostu nie ma. Według samych uczniów (rozmawiałam z gimnazjalistami, ich rodzicami i nauczycielami) wygląda to tak: pierwsze półrocze to walka o kolejność dziobania w grupie i sprawdzanie, na co można sobie pozwolić w nowej szkole. Potem następuje zaciśnięcie pasa – nauczyciele gnają z programem, bo jest mało czasu. A trzecia klasa schodzi na nauce wypełniania testów, bo szkoła jest nastawiona na testologię, a nie naukę samodzielnego myślenia. W efekcie absolwenci gimnazjów są zupełnie bezradni, gdy trzeba coś zrobić samodzielnie lub użyć wiedzy – diagnozuje ojciec gimnazjalistki. Gimnazja stworzyły przepaść edukacyjną. Świetnie widać to w liceach. Dzieciaki z tą samą liczbą punktów na wejściu dramatycznie różnią się poziomem wiedzy. Jedne gimnazja mają politykę zawyżania średniej szóstkami, inne wręcz przeciwnie. A realna wiedza ma się nijak do sztucznie kreowanych średnich i podpowiadania na egzaminach.
Ta długa lista zastrzeżeń i żalów jasno wskazuje, że gimnazja nie rozwiązały żadnego problemu, za to stały się problemem samym w sobie. Co zatem z nimi zrobić? Zapytałam o to znajomych na fejsbuku. Odpowiedzieli jednym głosem: rozwiązać, zakopać, zlikwidować – im wcześniej, tym lepiej!
I co dalej? Likwidacja gimnazjów? Jedni mówią, że to niemożliwe, bo drogo, bo jakoś to się toczy, że lepiej naprawiać, co stworzono. Inni, że tak dalej być nie może, bo tutaj nie chodzi o drobiazg, lecz o „naszej młodzieży chowanie” i o przyszłość naszego narodu. Ci dzisiejsi gimnazjaliści będą musieli przeprowadzić Polskę przez niejeden kryzys i wykazać się roztropnością. A kto ma ich tego nauczyć? Z tego obowiązku, nas dorosłych, nikt nie zwolni – zróbmy to jak najlepiej!
Iwona Michałek
fot. freeimages.com

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Golub-cgd.pl




Reklama