Życie bywa przewrotne, to co dajemy prędzej, czy później do nas wraca, czasem w formie, jakiej się zupełnie nie spodziewamy. Podobnie jest ze mną. Zajmuję się modą, prowadzę sklep, piszę artykuły. Mam świetną rodzinę, męża i dwie cudowne córki. Traf chciał, że moja praca zetknęła mnie znowu z rakiem – chorobą nowotworową. Podczas zbierania materiałów do reportażu (na zupełnie inny temat) pojawiło się hasło akcji „Daj włos” Fundacji Rak’n’roll. Poczułam, że to coś ważnego. W redakcji podchwycono temat – „świetna akcja, robili coś podobnego w Rypinie, można się przyłączyć”. Zbierając materiały do pierwszego tekstu bardzo dokładnie przestudiowałam statystyki, działania samej fundacji i cały czas czułam, że to we mnie narasta.
Choć sama nie chorowałam na nowotwór, wiem co znaczy ta choroba. Moja mama jakieś 15 lat temu miała raka piersi. Byłyśmy wtedy same, tylko ona i ja. O chorobie powiedziała mi dzień przed operacją, ja byłam wtedy dzień przed egzaminem na studia. Świat się zatrzymał. Nigdy nie dopuściłam do siebie myśli, że moja matka mogła umrzeć, jeszcze nie wtedy. Operacja się udała, obyło się nawet bez usuwania całej piersi, ja na egzamin nie wzięłam nawet długopisu. Pamiętam czekanie na wyniki histopatologiczne, choć wszyscy potwierdzali, że ma raka, my dalej nie mogłyśmy w to uwierzyć. Kolejni lekarze powtarzali diagnozę – nowotwór piersi. Rokowania nie były złe, trzeba tylko przejść chemię i naświetlania. Wreszcie przyswoiłyśmy diagnozę i zaczęły się przygotowania do dalszego leczenia. To nie było takie proste, radioterapia miała się odbywać w Bydgoszczy. Pojechałyśmy tam zapisać mamę i wtedy kolejny szok. Cały szpital, korytarze pełne chorych ludzi, którzy czekają. Wielu z nich wyglądało znacznie gorzej niż mama, ale to było marne pocieszenie. Pamiętam, że przyzwyczaiłam się do tego widoku. Po miesiącu naświetlań, na które jeździłyśmy codziennie razem (do tej pory droga z Torunia do Bydgoszczy kojarzy mi się z jazdą na radioterapię), czułam się tam zupełnie dobrze. Czasem widziałam na korytarzach ludzi, którzy przyjeżdżali po raz pierwszy, zdenerwowani, czasem przerażeni, przeważnie zagubieni, ja już byłam u siebie.
Gorzej było z chemią. Moja mama od dziecka chorowała na nerki. Jej wyniki lekko niepokoiły lekarzy, jednak uznawali, że chemia jest konieczna. Pojechałyśmy więc do szpitala. Gabinet zabiegowy, mamie podłączono kolorową kroplówkę i tyle. Pomyślałam, damy radę, może te historie o chemii to przesada. Okazało się, że nie. W domu, zwykle drugiego dnia, mama czuła się fatalnie, wymiotowała, była słaba, miała zawroty głowy. Najgorsze były włosy. Nie mogłam tego zrozumieć, dla mnie włosy nie mają większego znaczenia, często z nimi eksperymentuję, nie widzę problemu, żeby je w ogóle ściąć. Dla mojej matki to był koszmar. Całe życie (czyli odkąd pamiętam) miała trwałą, drobne loczki, które po kilku dniach zmieniały się w szopę. Dla mnie średnio atrakcyjne. Jednak od początku mówiła, że wypadania włosów boi się najbardziej. Zaczęły wypadać. Najpierw nerwowo wyczesywała wychodzące pasma, później wymyśliła, że nie będzie się czesać w ogóle, może zostaną na głowie. Pamiętam jej rozpacz, chodziłam za nią i starałam się na bieżąco usuwać z podłogi pukle włosów. Cierpiała strasznie. W ogóle nie przemawiały do niej argumenty, że dzięki temu wyzdrowieje, że włosy odrosną. Kategorycznie odmówiła peruki. Wreszcie miała łysą głowę a na niej rzadkie kępki długich czarnych włosów. Wtedy dała za wygraną. Zrozumiała, że musimy je ściąć. Dziś myślę, że dopiero wtedy uległa przed sobą i przyznała, że choruje na raka. Może myślała, że dopóki ma włosy, choroby nie ma. Samo ścięcie też było traumatyczne, płakała ona, ja i fryzjer. Z chustką na głowie pojechałyśmy po „czapkę” (tak nazywała swoją perukę). Wybór nie był zły, zresztą wszystko było lepsze do pukli leżących na białych kaflach w przedpokoju. Zdecydowała się na krótką, ciemną fryzurę. Całkiem ładnie wyglądała. Nigdy nie zaakceptowała peruki. Zakładała ją rano do pracy, by w trakcie dnia gdzieś ją porzucić. Szukanie „czapki” było częstym zajęciem. Pamiętam, że gdy ją szybko wkładała, bo na przykład ktoś pukał do drzwi, potrafiła ja założyć tył na przód. Nikt nigdy nie zwrócił jej uwagi, ja też nie. Bałam się. Gdy na głowie pojawił się drobny meszek, natychmiast kupiła farbę do włosów – czarną i pofarbowała. Właściwie nie włosy, a głowę, wyglądała jak w czarnym hełmie, ale była z siebie dumna. Wreszcie czuła się kobietą.
Chemię zakończyła po trzech dawkach, nerki nie wytrzymały, jej wyniki spadały na łeb na szyję. Wpadła w niewydolność nerek i po kilku latach potrzebny był przeszczep.
Od tego czasu hasło nowotwór pojawiało się wielokrotnie. Każdy guz, zwyrodnienie, czy jakakolwiek inna anomalia jest podejrzeniem raka. Szczególnie po przeszczepie, gdy leki immunosupresyjne obniżają odporność, a przeciwzakrzepowe właściwie uniemożliwiają bezpieczne przeprowadzenie jakiejkolwiek operacji. Ja za każdym razem boję się, że znowu będziemy przeżywać to samo. Wyczesywać wypadające włosy i udawać, że nie ma choroby.
Jestem przekonana, że wiele osób ma podobne doświadczenia, często gorsze, bardziej traumatyczne. Nowotwór to nie tylko złe komórki, które trzeba usunąć, by nie zabiły organizmu. To całe historie i dramaty ludzkie. Bardzo się cieszę, że są ludzie, fundacje, które to rozumieją i oferują wsparcie. Pokazują, że walka z rakiem jest wielowymiarowa i chory potrzebuje wsparcia w różnych, czasem z pozoru błahych kwestiach, jak włosy. Dla mojej mamy stanowią ważny atrybut jej kobiecości. Dla wielu innych kobiet również. Jeżeli dobrze zrobiona peruka z naturalnych włosów może im choć odrobinę pomóc, to warto się przyłączyć. Tym bardziej, że biorąc udział w akcji „Daj włos” wcale nie musimy ścinać włosów bardzo krótko. Jeśli są długie, można oddać 25 cm i nosić krótszą fryzurę. Włosy odrastają, a poczucie, że ścięło się je w dobrej sprawie z pewnością zostaje na dłużej.
Pomagać można również w inny sposób. Promując akcję, czy oferując nagrody zachęcające innych do oddawania włosów. Ważne, żebyśmy działali razem, bo wtedy możemy więcej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wzruszająca historia, piękny artykuł, myślę, że ktoś, kto tego nie doświadczył nie poczuje tego samego czytając ten tekst, ale mimo wszystko wzrusza...
Nie rusza mnie ta historia, bo jest z happy endem
Wzruszająca historia, piękny artykuł, myślę, że ktoś, kto tego nie doświadczył nie poczuje tego samego czytając ten tekst, ale mimo wszystko wzrusza...
Nie rusza mnie ta historia, bo jest z happy endem